z nami od: 2008-07-30 ostatnio widziano: 2010-11-29 11:22:37
Lecę, bo chcę :)
MAPKA
GALERIA
FANKLUBY
-
brak fanklubów
ULUBIONE KLUBY
- Korona Kielce (pilka)
OPIS
Bieganie wzięło się... z drugiej strony
lustra. Pewnego dnia spojrzałam w lustro
i stanęłam przed wyborem: kolejnadieta
albo coś. Wybrałam coś.W tym przypadku
jogging po parku.Po trzech tygodniach
wzięłam udział w Run Warsaw. Z 5 km
przebiegłam...powiedzmy, że 2/3.
Niespełna rok później wydarzył się
Maraton Warszawski. I tak sobie
biegam...
Aktualne życiówki: 5km - 21:46 - Ekiden 2009 10 km - 45:58 - Praska Dycha 2008 15 km - 1:11:56 -Bieg Chomiczówki 2010 21,097 km - 1:39:14 - V Carrefour Półmaraton Warszawski 2010 42,195 km - 3:42:02 - XXXVI-real Berlin Marathon 2009
Aktualne życiówki: 5km - 21:46 - Ekiden 2009 10 km - 45:58 - Praska Dycha 2008 15 km - 1:11:56 -Bieg Chomiczówki 2010 21,097 km - 1:39:14 - V Carrefour Półmaraton Warszawski 2010 42,195 km - 3:42:02 - XXXVI-real Berlin Marathon 2009
NAJŚWIEŻSZE WPISY NA BLOGU
Ania biega na bloksie
niedziela, 28 listopada 2010, 20:53
Dla tych, którzy się stęsknili za biegającą Anią - po pewnej przerwie Ania znowu biega. Tym razem w serwisie blox.pl.
Zapraszam na http://aniabiega.blox.pl.
Niechceń mnie dopadł...
sobota, 18 września 2010, 22:06
Dopadł mnie niechceń, nazywany też czasami leniem. Niechceń jest oczywiście eufemizmem. Nie chce mi się tak ogólnie - ani pisać, ani biegać. Ani nic. Wlasciwie chce mi się tylko jeść i spać... Obiecuję jednak sobie solennie, a właściwie publicznie, że się nie dam. Nie bedzie mi leń jakiś pospolity, dla niepoznaki zwamy niechceniem, dyktował, jak ma wygladać moj dzień.
Ale ponieważ biegam mało (czarno widzę to Toronto, oj, czarno...) to nie mogę nie napisać, że w międzyczasie pobiegałam sobie...
Po pierwsze, w Skarżysku-Kamiennej. Jakoś tak sie do tej pory układało, że Skarżysko mi było nie po drodze. W tym roku było po drodze - i do rodziców, i na Dymarki, i w ogóle. X Półmaraton Rejów, nad Zalewem Rejowskim. Krótko: najgorszy czas od lat, ale jedna z ciekawszych imprez. Czas mnie nie boli, bo start w samo poludnie przy temperaturze +30 st. gwarantował, że życiówki to tu nie będzie, a reszty dopełnił 2-kilometrowy podbieg na 3-4 oraz 13-14 km (dwie pętle były). Poza tym jednak impreza podbiła mnie poziomem organizacji - od specjalnego parkingu dla zawodników (na boisku, na kilkaset aut), poprzez profesjonalną rozgrzewkę, bieg towarzyszący na 2 km, punkty z wodą tam gdzie trzeba - aż po medal, obiadek dla biegaczy i... nagrody do losowania. I co prawda ja nic nie wylosowałam, ale do Skarżyska pewnie jeszcze kiedyś pojadę, bo impreza naprawdę pierwsza klasa. Organizacyjna. Tylko niech tą górkę zniwelują czy coś...
Tydzień po Skarżysku - Ełk. W Ełku już kiedyś biegłam (mój pierwszy polmaraton poniżej 2 godzin), ale nie wspominam tamtego biegu najlepiej, bo i okoliczności towarzyszyły mu dramatyczne. Nie miałam przekonania do tego biegu... Właściwie tylko wspomnienie ze sztafety Polska Biega 2009 - ze spotkania z ełckimi biegaczami, ktorzy półmaraton ten organizują, skłoniły mnie do przyjazdu. Do konca tez nie bylam pewna, czy odważę się wybiec na trase, bo na zmianę lało, padało, mżyło, siąpiło i da capo... Dokładnie minutę przed startem przestało padać. Ruszyłam z kopyta , pamiętając, że to Mazury Garbate i czego jak czego, ale górek to na pewno po drodze nie zabraknie.
Nie zabrakło. Jeszcze na 5 km miałam 24 minuty, na 10. zrobiło się z tego 51 minut, a najgorsze dwa podbiegi czekały mnie między 11 a 13. km. Trasa malownicza, może ciut łatwiejsza od Skarżyska, ale nie jestem tego taka pewna. Czas ciut lepszy niż w Skarżysku (drobne 5 minut), 2. miejsce w kategorii i bodaj 7 w ogole wsrod kobiet. Niezle, jak na strategię "byledobiec".
W Ełku również było znakomite pasta-afterparty i piknikowa atmosfera po biegu, a nagrody też niczego sobie. Ełk też wpisuję do kalendarza, bo przy okazji mozna milo zamknać wakacje na Mazurach., nawet garbatych.
Tydzień po Ełku miał być Puchar Maratonu Warszawskiego - 25 km. Nie wypadało nie być, bo zawody w "naszym" lesie. Przespacerowaliśmy na start, wystartowaliśmy i... do 4. km było super. A potem weszłam w spór z własnym organizmem, który odmówił współpracy. Tzn. żolądek odmówił, a potem podbuntował resztę. Walczyłam sama ze sobą do 15. km, ale w koncu uznałam wyższość argumentacji organizmu. I po raz pierwszy zeszłam z trasy. No cóż, może dobrze, że na własnych śmieciach. Ale i tak przykro...
Kolejny tydzień spędzałam w Krynicy. Górskiej. I nie mogłam tego nie wykorzystać. A wykorzystalam do pozbierania się po porażce PMW. Nawet tempo run na dobry początek mi się udał. A potem pobiegłam w Biegu Muszynianki, roboczo zwanym Życiową Dychą. Było życiowo. Jak pierwsze dwa kilometry pobiegłam po 4:06, to z wrażenia musiałam zwolnić. Ale i tak wpadłam na metą po 44 minutach i 1 sekundzie. Brutto. Netto nie mierzyli :( Sekunda, nie sekunda, ale zyciówka poprawiona o prawie dwie minuty. Do tego śliczny medal, perfekcyjna organizacja... Cudnie i cudownie było, mimo że słońce nie chciało wyjść...
Życiówka tak mnie zdemotywowała do biegania, że ten tydzień zakonczę kilometrażem jak sprzed lat (sprzed trzech lat, jak zaczynałam biegać).
Ale wypowiadam wojnę leniowi... Bo za miesiąc... Za miesiąc wracam z Toronto. Chciałabym wrócić z życiówka...Jednak...
Ale ponieważ biegam mało (czarno widzę to Toronto, oj, czarno...) to nie mogę nie napisać, że w międzyczasie pobiegałam sobie...
Po pierwsze, w Skarżysku-Kamiennej. Jakoś tak sie do tej pory układało, że Skarżysko mi było nie po drodze. W tym roku było po drodze - i do rodziców, i na Dymarki, i w ogóle. X Półmaraton Rejów, nad Zalewem Rejowskim. Krótko: najgorszy czas od lat, ale jedna z ciekawszych imprez. Czas mnie nie boli, bo start w samo poludnie przy temperaturze +30 st. gwarantował, że życiówki to tu nie będzie, a reszty dopełnił 2-kilometrowy podbieg na 3-4 oraz 13-14 km (dwie pętle były). Poza tym jednak impreza podbiła mnie poziomem organizacji - od specjalnego parkingu dla zawodników (na boisku, na kilkaset aut), poprzez profesjonalną rozgrzewkę, bieg towarzyszący na 2 km, punkty z wodą tam gdzie trzeba - aż po medal, obiadek dla biegaczy i... nagrody do losowania. I co prawda ja nic nie wylosowałam, ale do Skarżyska pewnie jeszcze kiedyś pojadę, bo impreza naprawdę pierwsza klasa. Organizacyjna. Tylko niech tą górkę zniwelują czy coś...
Tydzień po Skarżysku - Ełk. W Ełku już kiedyś biegłam (mój pierwszy polmaraton poniżej 2 godzin), ale nie wspominam tamtego biegu najlepiej, bo i okoliczności towarzyszyły mu dramatyczne. Nie miałam przekonania do tego biegu... Właściwie tylko wspomnienie ze sztafety Polska Biega 2009 - ze spotkania z ełckimi biegaczami, ktorzy półmaraton ten organizują, skłoniły mnie do przyjazdu. Do konca tez nie bylam pewna, czy odważę się wybiec na trase, bo na zmianę lało, padało, mżyło, siąpiło i da capo... Dokładnie minutę przed startem przestało padać. Ruszyłam z kopyta , pamiętając, że to Mazury Garbate i czego jak czego, ale górek to na pewno po drodze nie zabraknie.
Nie zabrakło. Jeszcze na 5 km miałam 24 minuty, na 10. zrobiło się z tego 51 minut, a najgorsze dwa podbiegi czekały mnie między 11 a 13. km. Trasa malownicza, może ciut łatwiejsza od Skarżyska, ale nie jestem tego taka pewna. Czas ciut lepszy niż w Skarżysku (drobne 5 minut), 2. miejsce w kategorii i bodaj 7 w ogole wsrod kobiet. Niezle, jak na strategię "byledobiec".
W Ełku również było znakomite pasta-afterparty i piknikowa atmosfera po biegu, a nagrody też niczego sobie. Ełk też wpisuję do kalendarza, bo przy okazji mozna milo zamknać wakacje na Mazurach., nawet garbatych.
Tydzień po Ełku miał być Puchar Maratonu Warszawskiego - 25 km. Nie wypadało nie być, bo zawody w "naszym" lesie. Przespacerowaliśmy na start, wystartowaliśmy i... do 4. km było super. A potem weszłam w spór z własnym organizmem, który odmówił współpracy. Tzn. żolądek odmówił, a potem podbuntował resztę. Walczyłam sama ze sobą do 15. km, ale w koncu uznałam wyższość argumentacji organizmu. I po raz pierwszy zeszłam z trasy. No cóż, może dobrze, że na własnych śmieciach. Ale i tak przykro...
Kolejny tydzień spędzałam w Krynicy. Górskiej. I nie mogłam tego nie wykorzystać. A wykorzystalam do pozbierania się po porażce PMW. Nawet tempo run na dobry początek mi się udał. A potem pobiegłam w Biegu Muszynianki, roboczo zwanym Życiową Dychą. Było życiowo. Jak pierwsze dwa kilometry pobiegłam po 4:06, to z wrażenia musiałam zwolnić. Ale i tak wpadłam na metą po 44 minutach i 1 sekundzie. Brutto. Netto nie mierzyli :( Sekunda, nie sekunda, ale zyciówka poprawiona o prawie dwie minuty. Do tego śliczny medal, perfekcyjna organizacja... Cudnie i cudownie było, mimo że słońce nie chciało wyjść... Życiówka tak mnie zdemotywowała do biegania, że ten tydzień zakonczę kilometrażem jak sprzed lat (sprzed trzech lat, jak zaczynałam biegać).
Ale wypowiadam wojnę leniowi... Bo za miesiąc... Za miesiąc wracam z Toronto. Chciałabym wrócić z życiówka...Jednak...
Tam, gdzie się kończy Polska
wtorek, 24 sierpnia 2010, 23:08
Taki mi się ładny tytuł wymyślił do wspomnienia z imprezy, od której trochę czasu już upłynęło. Bo XI Bieg Sapiehów przeszedl do historii 17 dni i prawie 200 km temu. Ale nie mogę o nim nie napisać, bo...
Bo faktycznie bieg odbywa się tam, gdzie się kończy Polska - trochę na południe od Terespola, na samej granicy z Bialorusią leży Kodeń - malutkie miasteczko z sanktuarium maryjnym, które ponoć ustępuje tylko Częstochowie i Licheniowi. W połowie miasteczka wiekszość polskich komórek łapie sieć białoruską i mozna się zdziwić przy rachunku za telefon (to nie Unia, 5 zł za minutę rozmowy, 1,4 zł za SMS). Bankomat jest jeden, przy rynku, ale mocno schowany. Jedyny bar w miescie to "Kawiarnia u Sapiehy" w Domu Pielgrzyma. Czynna bodaj do 18. O romantycznej kolacji czy kuchni regionalnej - zapomnij.
A jednak... Już w przeddzień biegu, na wjeździe do miasteczka, wita nas banner "Witamy uczestników XI Biegu Sapiehów". Czujemy się mile powitani. Takich bannerów po drodze mijamy jeszcze jeden czy dwa. Powitani idziemy pozwiedzać sanktuarium. Idziemy do kapliczki, a zza drzew 20 m od nas zasuwa pogranicznik z psem... Hm... No nic. Na szczęście teren sanktuarium jest po polskiej stronie. Oglądamy... Mają rozmach miejscowi zakonnicy (oblaci). Ładnych parę hektarów wykorzystują a to na zielnik, a to na Kalwarię, a to na kapliczki rozancowe.
Trafiamy też na koniec przed cudowny obraz, ktory natychmiast nas urzeka swoją historią. Bo "Polak potrafi" - jak powie kilka razy na drugi dzien zakonnik opowiadający historię obrazu. A obraz z Kodnia - Królowa Podlasia - to Matka Boska z Gwadelupy. Przez wieki zdobiła prywatną kaplicę papieską w Watykanie, dopóki gdzieś tam w jakimś XVII w. jeden polski wojewoda (tak, tak, Sapieha), uznał, że obraz go uzdrowił, i postanowił w związku z tym zabrać go ze sobą. Papiezowi to się niespecjalnie spodobało, zwłaszcza, że obraz wyciął nocą z ram przekupiony dozorca, ale Sapieha był już tak zdrowy, że umknął z obrazem. I obrazu już nie oddał... Budująca historia, w lokalnym dewocjonalium dostepna jest książka Zofii Kossak "Błogosławiona wina", gdzie mozna sobie o losach obrazu i Sapiehy poczytać.
My jednak przyjechaliśmy na bieg. W sobotę rano meldujemy sie w Biurze Zawodow. Rejestracja trochę trwa, chociaż nie trzeba nic podpisywac, a o rzekomo obowiązkowe badania lekarskie nikt nawet nie pyta... Nie mamy czasu jednak szerzej tego skomentować, bo na ulicy nagle wyrasta przy nas starsza pani z tekstem: "Witam panstwa na kodeńskiej ziemi". Przez chwilę opowiada, w koncu się reflektuje: a, panstwo może na bieg? Oboje? To ja tu będę kibicowała...
Zaglądamy do sanktuarium, wysłuchujemy historii Sapiehy i jego cudownego obrazu, w sklepie z dewocjonaliami klębi się tłum pielgrzymkowy raczej niż biegowy, uciekamy zatem...
Wracamy tuż przed biegiem, konferansjer omawia puchary i nagrody, od kogo, dla kogo i w ogóle. No tak, wybory samorządowe tuż, tuż... Przed startem lekki rozgardiasz, nie bardzo wiem, jak wygląda mała petelka na rynku. Ale strzał startera pada punktualnie, przed czołówką ruszają policyjne motocykle-piloty, a trasa jest tak oznakowana, żeby nikt nie miał watpliwości - mała petelka wokół rynku, wieksza - wokół centrum miasteczka, kilometr - i wybiegamy na właściwą trasę. Ruszyłam trochę jak z procy. Po niespełna dwóch kilometrach weryfikuję swoje tempo. Kilometry oznaczone perfekcyjnie. Trasa płaska, przyjemna. No, byłaby przyjemna, gdyby było ciut mniej niż 30 st. i mniej parno. Deszcz wisi w powietrzu.
Na 5. kilometrze mam kryzys i najchętniej zeszłabym z trasy. Chwilę ścigam się z jakaś biegaczką, która mnie dogoniła, ale w koncu odpuszczam sobie, nie przyjechałam sie tu scigać. Tracę siły i motywację. Tymczasem na 6. kilometrze niespodziewany punkt z piciem. Korzystam i... wracają mi siły. Od 7. kilometra zaczynam się rozkręcac. Na jakimś 7 z kawałkiem mija mnie pędzący już w stronę mety zwycięzca. Za nim kolejni zawdnicy, pierwsze zawodniczki. A ja nie biegnę jakoś szybko, ale coraz równiej, jak mała maszynka do biegania. Na nawrocie zwalniam przy piciu, ale dzieciaki podające napoje drą się "Proszę pani, niech pani biegnie, bo panią wyprzedzą". No to biegnę. Od nawrotu już nikt mnie nie wyprzedza, ja za to jak automat mijam kolejnych zawodników.
Na dwa kilometry przed metą ofiarą tego pada moj osobisty małżonek. Chwilę biegniemy razem, ale jemu kolano daje sięwe znaki, a ja zasuwam jak maly robot. Konczę z minutowym obsuwem w stosunku do planu maksimum, ale na mecie jestem 5. z kobiet. Tuż za mną wpada małżonek. Na mecie wciagam w siebie pokrojone pomarańcze - kto na to wpadł nie wiem, ale jestem mu wdzięczna szalenie.
Idziemy na obiad. Po drodze dopada nas szkrab chyba 5-letni, wybiega do nas z łapą: Gratuluje zajęcia pierwsego miejsca w biegu - sepleni. Ściskamy tą jego łapkę. Obiad jest suty, dwudaniowy, z kompotem. Jemy szybko i wracamy na dekorację. I dobrze. Odbieram wielki puchar za 5. miejsce w open kobiet i "Maraton" Skarżyńskiego za 3. miejsce w kategorii. Przy okazji degustujemy produkty regionalne. Za godzinę czy dwie w zielniku sanktuarium pani od serów i wypieków będzie mi gratulować pucharu...
A my wyjedziemy z Kodnia w niedzielę, z nektarem św. Eustachego, mieszanką ziół, medalami, pucharem i przeświadczeniem, że tak serdecznie przyjmują gości już chyba tylko na wschodzie Polski.
No i z ksiązką Zofii Kossak. Żeby wiedzieć, jak Matka Boska z Gwadelupy została Królową Podlasia.
Bo faktycznie bieg odbywa się tam, gdzie się kończy Polska - trochę na południe od Terespola, na samej granicy z Bialorusią leży Kodeń - malutkie miasteczko z sanktuarium maryjnym, które ponoć ustępuje tylko Częstochowie i Licheniowi. W połowie miasteczka wiekszość polskich komórek łapie sieć białoruską i mozna się zdziwić przy rachunku za telefon (to nie Unia, 5 zł za minutę rozmowy, 1,4 zł za SMS). Bankomat jest jeden, przy rynku, ale mocno schowany. Jedyny bar w miescie to "Kawiarnia u Sapiehy" w Domu Pielgrzyma. Czynna bodaj do 18. O romantycznej kolacji czy kuchni regionalnej - zapomnij.
A jednak... Już w przeddzień biegu, na wjeździe do miasteczka, wita nas banner "Witamy uczestników XI Biegu Sapiehów". Czujemy się mile powitani. Takich bannerów po drodze mijamy jeszcze jeden czy dwa. Powitani idziemy pozwiedzać sanktuarium. Idziemy do kapliczki, a zza drzew 20 m od nas zasuwa pogranicznik z psem... Hm... No nic. Na szczęście teren sanktuarium jest po polskiej stronie. Oglądamy... Mają rozmach miejscowi zakonnicy (oblaci). Ładnych parę hektarów wykorzystują a to na zielnik, a to na Kalwarię, a to na kapliczki rozancowe.
Trafiamy też na koniec przed cudowny obraz, ktory natychmiast nas urzeka swoją historią. Bo "Polak potrafi" - jak powie kilka razy na drugi dzien zakonnik opowiadający historię obrazu. A obraz z Kodnia - Królowa Podlasia - to Matka Boska z Gwadelupy. Przez wieki zdobiła prywatną kaplicę papieską w Watykanie, dopóki gdzieś tam w jakimś XVII w. jeden polski wojewoda (tak, tak, Sapieha), uznał, że obraz go uzdrowił, i postanowił w związku z tym zabrać go ze sobą. Papiezowi to się niespecjalnie spodobało, zwłaszcza, że obraz wyciął nocą z ram przekupiony dozorca, ale Sapieha był już tak zdrowy, że umknął z obrazem. I obrazu już nie oddał... Budująca historia, w lokalnym dewocjonalium dostepna jest książka Zofii Kossak "Błogosławiona wina", gdzie mozna sobie o losach obrazu i Sapiehy poczytać.
My jednak przyjechaliśmy na bieg. W sobotę rano meldujemy sie w Biurze Zawodow. Rejestracja trochę trwa, chociaż nie trzeba nic podpisywac, a o rzekomo obowiązkowe badania lekarskie nikt nawet nie pyta... Nie mamy czasu jednak szerzej tego skomentować, bo na ulicy nagle wyrasta przy nas starsza pani z tekstem: "Witam panstwa na kodeńskiej ziemi". Przez chwilę opowiada, w koncu się reflektuje: a, panstwo może na bieg? Oboje? To ja tu będę kibicowała...
Zaglądamy do sanktuarium, wysłuchujemy historii Sapiehy i jego cudownego obrazu, w sklepie z dewocjonaliami klębi się tłum pielgrzymkowy raczej niż biegowy, uciekamy zatem...
Wracamy tuż przed biegiem, konferansjer omawia puchary i nagrody, od kogo, dla kogo i w ogóle. No tak, wybory samorządowe tuż, tuż... Przed startem lekki rozgardiasz, nie bardzo wiem, jak wygląda mała petelka na rynku. Ale strzał startera pada punktualnie, przed czołówką ruszają policyjne motocykle-piloty, a trasa jest tak oznakowana, żeby nikt nie miał watpliwości - mała petelka wokół rynku, wieksza - wokół centrum miasteczka, kilometr - i wybiegamy na właściwą trasę. Ruszyłam trochę jak z procy. Po niespełna dwóch kilometrach weryfikuję swoje tempo. Kilometry oznaczone perfekcyjnie. Trasa płaska, przyjemna. No, byłaby przyjemna, gdyby było ciut mniej niż 30 st. i mniej parno. Deszcz wisi w powietrzu.
Na 5. kilometrze mam kryzys i najchętniej zeszłabym z trasy. Chwilę ścigam się z jakaś biegaczką, która mnie dogoniła, ale w koncu odpuszczam sobie, nie przyjechałam sie tu scigać. Tracę siły i motywację. Tymczasem na 6. kilometrze niespodziewany punkt z piciem. Korzystam i... wracają mi siły. Od 7. kilometra zaczynam się rozkręcac. Na jakimś 7 z kawałkiem mija mnie pędzący już w stronę mety zwycięzca. Za nim kolejni zawdnicy, pierwsze zawodniczki. A ja nie biegnę jakoś szybko, ale coraz równiej, jak mała maszynka do biegania. Na nawrocie zwalniam przy piciu, ale dzieciaki podające napoje drą się "Proszę pani, niech pani biegnie, bo panią wyprzedzą". No to biegnę. Od nawrotu już nikt mnie nie wyprzedza, ja za to jak automat mijam kolejnych zawodników.
Na dwa kilometry przed metą ofiarą tego pada moj osobisty małżonek. Chwilę biegniemy razem, ale jemu kolano daje sięwe znaki, a ja zasuwam jak maly robot. Konczę z minutowym obsuwem w stosunku do planu maksimum, ale na mecie jestem 5. z kobiet. Tuż za mną wpada małżonek. Na mecie wciagam w siebie pokrojone pomarańcze - kto na to wpadł nie wiem, ale jestem mu wdzięczna szalenie.
Idziemy na obiad. Po drodze dopada nas szkrab chyba 5-letni, wybiega do nas z łapą: Gratuluje zajęcia pierwsego miejsca w biegu - sepleni. Ściskamy tą jego łapkę. Obiad jest suty, dwudaniowy, z kompotem. Jemy szybko i wracamy na dekorację. I dobrze. Odbieram wielki puchar za 5. miejsce w open kobiet i "Maraton" Skarżyńskiego za 3. miejsce w kategorii. Przy okazji degustujemy produkty regionalne. Za godzinę czy dwie w zielniku sanktuarium pani od serów i wypieków będzie mi gratulować pucharu...
A my wyjedziemy z Kodnia w niedzielę, z nektarem św. Eustachego, mieszanką ziół, medalami, pucharem i przeświadczeniem, że tak serdecznie przyjmują gości już chyba tylko na wschodzie Polski.
No i z ksiązką Zofii Kossak. Żeby wiedzieć, jak Matka Boska z Gwadelupy została Królową Podlasia.
Komentarze
Zgłoś naruszenie
Ocena:
3.17
Zgłoś naruszenie
Ocena:
3.03
zbyno60 [3644/12661]
2009/09/15 20:08
Go Aniu go ... :-).Pozdrowienia z UK od falubazfana,(10) za zyciowki ;-).Zycze powodzenia na trasach ;-)
Zgłoś naruszenie
Ocena:
4.53
gorgiusz [132/544]
2009/08/19 14:08
Bravo Aniu super profilek :] +10 ze świętokrzyskiego
Zgłoś naruszenie
Ocena:
4.23
Zgłoś naruszenie
Ocena:
4.1
Zgłoś naruszenie
Ocena:
4.1
Zgłoś naruszenie
Ocena:
4.1
Zgłoś naruszenie
Ocena:
2.7
Asia-Rakowska [392/6507]
2009/04/17 10:08
Witam:)
To chyba Panią widziałam w jednej z reklam pewnego leku przeciwbólowego?
Pozdrawiam:)
To chyba Panią widziałam w jednej z reklam pewnego leku przeciwbólowego?
Pozdrawiam:)
Zgłoś naruszenie
Ocena:
3.64
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
TYLE MUSISZ WIEDZIEĆ
| miejscowość: | b/d |
| wiek: | 36 |
| zainteresowania: | Sport i rekreacja, Biznes i gospodarka, Turystyka i podróże, Moda i atrakcyjny wygląd, Komputery i technologie informatyczne, Rozrywka i kultura |
KONTAKT
| mobile: | ukryte |
| gadu-gadu: | ukryte |
| skype: | ukryte |
| tlen: | ukryte |
| »wyślij wiadomość | |
AKTYWNOŚĆ









27
17078 







